Friday, 29 June 2018

Rochester...


Rochester (klik) to niewielkie miasteczko, położone w hrabstwie Kent, około godziny jazdy pociagiem z Londynu (50km na wschód). Ulubione miejsce Karola Dickens'a i zorientowane dookoła założonej w 604 roku katedry. 
  
My wybraliśmy się na dzienna wycieczkę, bo a) dzieci miały wolne i trzeba było ich jakoś zajać, oraz b) okazało się, że mamy bezpośrednie pociagi z bardzo okolicznej, oddalonej o spacerowym krokiem 10 minut, stacji. Szkoda nie skorzystać! :)
Niewatpliwym plusem malutkich miejscowości jest fakt, że wszystkie ewentualne atrakcje turystyczne, oraz przylegajace punkty dokarmiania rodziny, sa położone blisko stacji, oraz siebie. 

Co warto zobaczyć? Po pierwsze, niewatpliwie Rochester Castle. Założony w okolicy 1088 roku; jego zbrojna wieża (keep), pochodzaca z XII wieku, jest jednym z najlepiej zachowanych, tego typu budynków, w Anglii i Francji. Niestety podłogi i dach nie przetrwały wielosetletniej historii, a w tym lat zaniedbań. Niemniej jednak pozostałości i tak sa imponujace i pozwalaja na określenie ogromu budowli w latach jej świetności.
Wycieczka niestety nie dla strachliwców: na ostatni taras, położony na wysokości 113m, trzeba wejść po 200 niesamowicie waskich, krętych i ciemnych schodach. Z przystankami na kolejnych piętrach. Na pewno nie ma dostępu 'wózkowego': mniejsze dzieci trzeba przełożyć do nosideł/chust, większe moga s tupać same, pod warunkiem, że sa cały czas pod opieka dorosłych. Nasze towarzystwo było jak najbardziej w porzadku, ale już po zejściu na dół spotkaliśmy rodzinę z może 7-letnim chłopcem, który płakał w niebogłosy i stanowczo odmówił nawet kilku kroków w kierunku rzeczonych schodów. Czyli zdarzyć sie może różnie, oj różnie...  

Koszt (klik): dorosła osoba £6.40; dziecko (5-17 lat) £4.00; rodzina (2 + 3) £16.80. 
Otwarte: 10-18 lato, 10-16 zima. Warto sprawdzić wcześniej - można nadziać się na tłumy zwabione lokalnym festiwalem, czy pokazami średniowiecznych walk.
Czy warto? Nam się bardzo podobało! Sofijka opowiadała wszystkim w szkole o 'creepy castle', a pozostali byli dumni, że wspięli się tak wysoko.      








Kolejny przystanek na mapie zwiedzania Rochester to Guildhall Museum (lub klik) Położone kilka minut drogi spacerkiem od Rochester Castle i z wystawami rozdzielonymi pomiędzy dwa sasiadujace budynki. Zawiera stałe eksponaty dotyczace historii rzadu lokalnego - Medway, oraz dodatkowe, tymczasowe wystawy - my trafiliśmy na rekonstrukcję namiotu rycerzy krzyżowych, z opisami kolejnych krucjat do Ziemi Świętej. 
Można zajrzeć do oryginalnych XVII wiecznej sali ratuszu, która służy, jako miejsce ślubów. Obejrzeć łańcuchy z insygniami radców; a potem modele statków pływajacych po pobliskiej rzece przez setki lat (w tym: kilka historii o aktach odwagi osób ratujacych tonacych, oraz historia zatopionej barki, która została rozsadzona na tysiace kawałków przez 500 eksplodujacych min, będacych jej ładunkiem). Można też dowiedzieć się historii tzw. 'hulk', czyli pozbawionych masztów i żagli, starych statków, przeznaczonych na więzienia; wystawa zawiera 3 poziomy/pokłady. 
Ponieważ jesteśmy generalnie bardzo 'muzeowi' to spodobała nam się również i ta część wycieczki. Niestety troszkę przeliczyliśmy się czasowo - do muzeum dotarliśmy w okolicy 16, czyli na godzinę przed zamknięciem, i było to o wiele za krótko na dokładne zobaczenie wszystkiego. Realnie dobrze by było przeznaczyć około 2-3 godzin na zwiedzanie.    

The Guildhall Museum, 
High Street, 
Rochester, Kent ME1 1PY

Otwarte: wtorek-niedziela od 10.00 do 17.00. Wstęp: bezpłatny. Niestety nie bardzo można poruszać się z wózkami - dla małych dzieci przyda się opcja nosidła/chusty, większe potuptaja same.     














Monday, 25 June 2018

Muffinki truskawkowe...



Obiecałam sobie, że będę wykorzystywać krótki sezon truskawkowy zawsze i maksymalnie. Bo owoce w miarę lokalne, tutejsze, wyspowe, sa po prostu o wiele lepsze, niż wszelakie styczniowe importy z Afryki. Dodatkowo zwykle staram się sprawdzać 'mile lotnicze', czyli koszt i emisję dwutlenku węgla transportu danego produktu z kraju pochodzenia - im dalej, tym wyższy. A w tym roku lokalne supermarkety pomyślały i o mnie - zamiast niewielkich, 300, lub 400g pudełeczek kupuję 1kg skrzyneczki. W towarzystwie jogurt waniliowego, lub miodowego w sam raz na dwie deserowe porcje dla dzieci...        

Zainspirowane przepisem z bloga Izy.


Składniki:

(na 12 sztuk)
  • 2 szklanki maki z proszkiem do pieczenia (self-raising), lub maka + dodatkowo 1 łyżeczka proszku do pieczenia + szczypta soli
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1 jajko
  • 1/2 szklanki mleka
  • 1/2 szklanki jogurtu straciatella (z płatkami czekolady)
  • 1/2 szklanki oleju
  • około 1 szklanki pokrojonych w kostkę truskawek
  1. Rozgrzej piekarnik do 170stC. Przygotuj foremkę na muffinki z 12 papilotkami.
  2. W sporej misce wymieszaj makę z cukrem i truskawkami (mieszajac ewentualnie wcześniej makę z proszkiem do pieczenia i sola). W osobnej miseczce, lub dzbanku roztrzep widelcem jajko, jogurt, olej i mleko. Wlej mokre składniki do suchych i szybko zamieszaj na mniej-więcej gładkie ciasto. 
  3. Rozdziel pomiędzy papilotki i piecz około 20-25 minut - powinny być ładnie wyrośnięte, złotawe i sprężyste przy dotyku. Zostaw do ostudzenia na kratce. 




Thursday, 21 June 2018

Puszkowana dynia jest zawszew sezonie... Czyli ciasto dyniowe latem...



Puszkowana dynia to raczej specjalność amerykańska. I w stanie naturalnym w brytyjskich supermarketach raczej nie występuje. Ale czasami, w większych sklepach, w sekcji międzynarodowej, można znaleźć zapomniane, pojedyncze, bardzo charakterystyczne puszki. Takie rozwiazanie jest bardzo poręczne, a sprawdza się zwłaszcza, kiedy świeża dynia jest niedostępna. Zawartość puszki można zużyć od razu, lub zamrozić w porcjach. I w kilka chwil cieszyć się żółciutkim tiramisu, aromatycznymi scones, albo miniaturowymi pampoen koekies. Lub dodać kilka łyżek do ulubionej zupy-kremu, najlepiej soczewicowej...
A dzisiejsze ciasto wyszło pyszne. Puchate, cynamonowe, zjadliwe. Miałam nadzieję ocalić i zamrozić kilka kawałków, ale nawet to się nie udało...
:)     


Przepis z bloga Facet na Talerzu.

Składniki:
(foremka o średnicy 20cm jest idealna)

1/2 szklanki purée dyniowego (puszkowanego, lub domowego*)
2 jajka
150ml oleju
180g maki pszennej
140g drobnego cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka cynamonu
szczypta soli
szczypta gałki muszkatołowej

do posypania: cukier puder

  1. Nagrzej piekarnik do temperatury 180stC. Foremkę wyłóż papierem do pieczenia.
  2. W małej misce wymieszaj sypkie składniki. W drugiej, większej, wymieszaj jajka, olej i dynię. Wsyp sypkie składniki do mokrych i szybko zamieszaj w miarę gładkie ciasto. Przelej do formy i piecz około 35-40 minut do "suchego patyczka", a jeśli wierzch zbytnio się rumieni przykryj kawałkiem folii aluminiowej. 
  3. Przestudź w foremce, a następnie wyjmij na kratkę.
  4. Przed podaniem oprósz cukrem pudrem.
* wystarczy obrać, oczyścić, ugotować, a następnie zmiksować 250g dyni.




Sunday, 17 June 2018

'Gino's Italian escape' Gino D'Acampo


Popatrywałam na program Dino D'Acampo. Nie maniakalnie, czy histerycznie, ale hobbystycznie i od czasu do czasu. I generalnie bardzo mi się podobał. Gino pokazywał mniej znane, mniej turystyczne regiony swojego kraju. I zwiazane z nimi dania. Bo Włochy, to nie tylko Rzym, Neapol, Mediolan i Wenecja. I jeszcze Sycylia. Ale wiele innych, mniej znanych, nieodkrytych przez machinę turystyki miast i regionów. Bergamo, Parma, czy Puglia.
Ksiażka jest spora - pięknie wydana, na matowym, ciężkim papierze. A przepisy  zilustrowane minimalistycznymi zdjęciami. Każdy rozdział rozpoczyna osobista przedmowa autora. Przystawki, zupy, makarony, pizza, mięso, bezmięsne, ryba, dodatki i sałatki, chleby i herbatniki, desery. 
Jak zawsze - pewne  przepisy wpadły mi w oko natychmiast i zapewne, wcześniej, lub później, do nich dotrę i wypróbuję; a niektóre w żaden sposób do mnie nie przemawiaja. Natomiast, generalizujac, jeszcze się nie zawiodłam na włoskich przepisach Gino i ugotowałam wiele makaronów z jego ksiażki 'Gino's pasta'

"Gino's Italian escape" Gino D'Acampo; Hodder & Stoughton; 2013 rok.     




















Thursday, 14 June 2018

Sałatka z awokado, jajkiem i wędzonym twarogiem...


Kiedy dostałam opakowanie wędzonego twarogu (dziękuję Iwonko! :) ) nie bardzo wiedziałam, jak go użyć. Smakował mi bardzo! Z tym bardzo wyrazistym, dymnym posmakiem. Dlatego szybka, lunchowa sałatka wydała się znakomitym pomysłem...

Przepis z bloga Kuchnia Mniam.

Składniki:
(2 mniejsze, lub 1 spora porcja dla łakomej osoby)

spora garść gotowej mieszanki sałat
1 jajko, ugotowane na twardo i pokrojone na kawałki
1 awokado
1 pomidor, lub 5-8 pomidorków koktajlowych, w kawałkach
100 g twarogu wędzonego


3 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka octu z białego wina
spora szczypta suszonej bazylii
sól
pieprz czarny
  1. Przygotuj dressing rozcierając oliwę z sokiem z cytryny i przyprawami. Odstaw. 
  2. Sałatę rozłóż na talerzu lub w niskiej i szerokiej miseczce.
  3. Jajko i pomidora rozłóż na wierzchu. Z awokado wyjmij pestkę, obierz i pokrój w plasterki. Rozłóż na wierzchu sałatki. Ser pokroić lub po prostu rozkruszyć w palcach i posyp nim resztę składników.
  4. Całość polej przygotowanym sosem.

Sunday, 10 June 2018

Jedzenie na obrazach #10...

'Painting of figs and beetle'
[Obraz z figami i żukiem]

Giovanna Garzoni (1600-1670)



Thursday, 7 June 2018

Ku przestrodze... ;) :)

Jak się nie powinno robić zakupów? Na głodno, to akurat każdy wie...  I rzeczywiście, wiem z doświadczenia, że kiedy nie mam czasu na śniadanie, a potem zamierzam 'dokupić kilka rzeczy', zwykle kończę z dwiema torbami przerzuconymi przez ramię, a zawierajacymi średnio przydatne i na pewno nie konieczne produkty.
Teraz mam jeszcze jedno spostrzeżenie - zakupów, zwłaszcza internetowych, kiedy każde najmniejsze kliknięcie oznacza dodanie dodatkowego produktu do wirtualnego koszyka, nie należy robić także pod silnym wpływem środków przeciwbólowych, pożartych, na przykład, po poważnym zabiegu dentystycznym... Tudzież każdym innym, nawiasem mówiac.
:)
A było to tak: w poniedziałek wieczorem, w okolicy 21.00, zadzwonił domofon. O, zdziwiłam się bardzo, bo nikogo się nie spodziewałam. Ale w słuchawce zabrzmiało bardzo zdecydowane 'Sainsbury's delivery!' Hm...
Co zamówiłam? 68, słownie SZEŚĆDZIESIAT OSIEM, puszek wszelakich produktów. W tym nierozsadne ilości wszelakich fasolek: white kidney beans, butter beans, flageolet beans, cannellini beans, black beans, aduki beans, haricot beans i zielonej soczewicy. Poza tym ciecierzycy i klasycznej angielskiej 'baked beans', czyli fasolki w sosie pomidorowym (pyszna w okolicy frytek, jajek, kiełbasek, oraz pieczonych ziemniaków) Do tego po 12 puszek kukurydzy i siekanych pomidorów.
W tym momencie zwatpiłabym w swoje zdolności umysłowe całkowicie, gdyby nie fakt, że pojawiło się radośnie witaminowe światełko w tunelu, czyli kilka puszek ananasa i purée z mango, 2 torby mrożonych, mieszanych warzyw i słoiczek buraczków obiadowych. A na osłodę dwie puszki karmelu, jaffa cakes, czyli delicje pomarańczowe, oraz batoniki czekoladowe. Żeby dopełnić obrazu zniszczenia: mrożone filety rybne, paluszki rybne, dwie paczki makaronu (z podwyższona zawartościa włókna pokarmowego - nareszcie rozsadny akcent!) i płatki śniadaniowe...

Ku przestrodze: leki + zakupy = katastrofa! 
Kosztowna...
:) :) :)      



Monday, 4 June 2018

Czekoladowa masa to ciast, lub cupcakes. I o sile wyobraźni nielogicznej, czyli myślach idiotycznych...

Jakieś dwa tygodnie temu, wybrałam się z dzieckami na Dzień Otwarty lokalnego, zabytkowego cmentarza Nunhead. Dzień był piękny, słoneczko przygrzewało, w torbie mieliśmy zapas dobrego jedzenia, a w kieszeni woreczek drobnych na gry i loterie dla dzieci... Po posiłku zebraliśmy się do zwiedzania. Kilka lat wcześniej mieli pokazy lokalni kowale i dzieciom (!) było wolno rozdmuchiwać ogień i walić młotkami w rozżarzone żelazo. Weszliśmy spacerkiem w las... Z jednej strony Greenpeace, z drugiej 'Ratujmy lokalny cmentarz'... Idziemy. Góreczka z nieco śliskim podejściem się objawiła, więc dziecki starsze poleciały nieco do przodu,a ja zostałam z wózkiem i Danielem. Zajęta gratami i ślizgajacym się dzieckiem spojrzałam nagle na drogę za nami, skad kilka minut wcześniej przyszliśmy. Widok miałam z lotu ptaszka niejakiego, bo już w połowie podejścia byliśmy. A tam zjawiskowa grupa, ubranych w zawsze czarne, powłóczyste suknie i XIX wieczne fraki, Gothów w wieku mocno średnim. I co? Moja spanikowana Myśl Idiotyczna Nr 1: 'Coven wampirów!!!'... A zaraz potem Myśl Idiotyczna Nr 2: 'Ale jak to, przecież w pełnym słońcu jesteśmy?!'... Kurtyna.
Nawiasem mówiac dzieciom się bardzo spodobali. Wpadaliśmy na nich jeszcze kilkukrotnie przy okazji ogladania zabytkowego karawanu, słuchania chóru i generalnego buszowania po różnych stoiskach.
:)

A masy/kremu potrzebowałam, jakiejś mało skomplikowanej i niezbyt trudnej do wykonania, do cupcakes na szkolna wyprzedaż. Do tego najlepiej ciemnej (czekoladowej?), żeby kolorowe posypki i jadalne, wafelkowe obrazki dobrze wygladały. Ta poniższa spodobała mi się najbardziej. Wiele zachodu z nia nie ma, wszystkie składniki sa relatywnie dostępne, proste i zwykle podręczne. Wystarczyło na posmarowanie, dość hojne, 10 ciastek. Tyle tylko, że nie używałam torebek cukierniczych, takich do wyciskania kremu, bo miałam wrażenie, że zbyt duża ilość zostanie w palstikowej końcówce i na ściankach. Zadowoliłam się łyżeczka...  


Przepis ze strony Taste.

Składniki:
(na około 1szklankę gotowej masy)

1 szklanka cukru pudru
2 łyżki kakao
40g miękkiego masła
1 łyżka mleka

  1. Przesiej cukier i kakao do średniej miski. Dodaj masło i mleko. Ubij na najniższych obrotach miksera, aż składniki się połacza. Zwiększ obroty do średnich i ubijaj kolejne 2 minuty.
  2. Używaj do smarowania cupcakes, muffinów, lub ciast.