Tuesday, 13 December 2011

W Polsce byłam... (Chimera, Kraków)

...tropem lekko sentymentalnym wyruszylam :)
Chimera 
Ul. Świętej Anny 3  
31-008 Kraków
tel. (0048) 12 292 12 12


Kiedy jestem w Polsce, zwykle na kilka dni tylko, wyruszam na zawsze jednakowy obchod znanych i lubianych miejsc. Takie poszukiwanie stabilizacji i potwierdzenia, ze jednak nie wszystko sie zmienilo. I, ze nie wszyscy poumierali... 
Taka podroz sentymentalna...
Najpierw niezmiennie moj stomatolog, doktor K., potem piekarnia pana H. (pan H. od lat nie zyje chyba, tak nawiasem mowiac, ale tradycyjnie przyjete okreslenie zostalo) i przepyszne buleczki maslane, potem kwiaciarnia pani K. (nie spokrewniona ze stomatologiem, to inne 'K':)), ta sama od chyba 25 lat, a na koniec ksiegarnia, w ktorej kupowalam podreczniki do szkoly podstawowej. Ostatnio zmienily sie drzwi: te od strony ulicy, wejsciowe sie rozsypaly i zastapiono je nowymi, te wewnetrzne sa jakie byly - metalowe, czarne, z szyba i bakelitowa, charakterystyczna klamka... I tak ma pozostac!
:):):))))))))))))))

Tym razem mialam malutka odrobine czasu wiecej, niz normalnie. Dlatego na kolejny wspomnieniowy ogien poszedl Krakow. Ulubiony i najlepszy na swiecie fryzjer, ogromny Empik, ten wielki, przy samym Rynku, i Chimera oczywiscie. Wciaz w tym samym miejscu, tknieta zebem czasu tylko odrobine i najwyrazniej tylko od dwoch lat.
:)

Zmienilo sie tyle, ze dawniej, za moich studenckich czasow, kiedy w wejscie do UE i w otwarte granice wierzyli tylko najwieksi zwolennicy, a Krakow byl spokojnym, abstynenckim wrecz, miastem :) do baru salatkowego wchodzilo sie przez brame,
tak samo, jak teraz:

A potem schodami na dno piwnicy:


Do przeslicznych polaczonych ze soba salek i z prawdziwym ogniem w prawdziwym kominku:


Teraz tam oslawionego baru salatkowego tam juz nie ma, ale restauracja serwujaca potworne ilosci miesa. Chcialabym powiedziec 'potwornie dziwnego', ale jako, ze de gustibus, zadowole sie stwierdzeniem, ze jest w menu cale mnostwo dzikow, krolikow i innych saren :). A z dan bezmiesnych - pierogi z owocami, jako specjalnosc dnia. :)
Bo do salatek, od lat dwoch, trzeba prosto isc, do 'zadaszonego ogrodu' 

Bo wielkie lady salatkowe i z daniami cieplymi, a takze stoliki i stoliczki, sa ustawione niejako na zewnatrz, w zabudowanej przestrzeni 'studniowego' podworka kamienicy. Nie moglam sie oprzec wrazeniu, ze ktos na nas spoglada przez okna, zza firaneczek. Bo przeciez jacys ludzie tam wciaz chyba mieszkaja???



Salatki, jak zawsze, znakomite. Wybor ogromny - ja pozostaje wierna mojej ukochanej kalafiorowej, z orzeszkami ziemnymi, sledziowej i i selerowej, z lagodnym sosem:


Zapiekanka rybna i pieczone ziemniaczki:



Prosze bardzo - stoliczki sa ustawione pod zewnetrznymi scianami budynku:




A je sie pod szklarniowym dachem, pelnym przeroznych roslin doniczkowych. Mniemam, ze maja one nadwac rodzaj tropikalnej atmosfery - mnie ciekawilo raczej, czy nie pospadaja nam na glowe... 
:)



ABC i D
Atmosfera - na dole raczej cudnie kameralnie, cieplutko i nastrojowo, ale tez i mniej przystepnie cenowo; w 'ogrodzie' - bardziej tlumnie, bardziej dostepnie i taniej; 
Booking, czyli rezerwacja - na dole wskazana, a na gorze nie ma takiej potrzeby: mamy do czynienia raczej z rodzajem fast-food i nikt raczej nie liczy na wielogodzinne, nastrojowe posiedzenie;
Ceny - restauracja na dole sie ceni; bar salatkowy jest bardziej przystepny, i serwuje rowniez dania miesne, ale to tez i nie dla kazdego; ja sama zawsze wybieram wersje wege, bo za miesem nie przepadam; 
Dzieci - najwyrazniej mile widziane, bo widzialam wiele rodzin z malutkimi pociechami, z tym, ze zniesienie wozka po waskich, kretych schodach do podziemnej sali moze okazac sie nieco wyzwaniem :), chyba lepiej pozostac na poziomie ulicy i przy salatkach.

Sunday, 11 December 2011

W Polsce byłam... (Zajazd KRAKOWIACY I GÓRALE)

Zajazd
KRAKOWIACY I GÓRALE
Krzyszkowice 310
32-445 Krzyszkowice

Przy okazji kilkudniowego wypadu do Polski z przyjemnoscia korzystalam z dobrodziejstw polskiej kuchni. I z czysto wakacyjnej mozliwosci odpoczecia od gotowania i zmywania garnkow. :):):))))))

Na poczatek zajazd 'Krakowiacy i gorale', umiejscowiony na trasie z Krakowa do Zakopanego, a dokladnie pomiedzy Krakowem, a Myslenicami - mapa
Ogromna restauracja, pelna stylowych, ciezkich stołow i drewnianych ław. Z kelnerkami ubranymi w dlugie, goralskie spodnice i z wielkim grillem z prawdziwym, a nie na przyklad elektrycznym, ogniem. 
Galeria zdjec - tutaj.


Mozna wybrac cos z oferty wielkiego cieplego, lub zimnego bufetu, albo zamowic z listy dan - menu.
Meska czesc wycieczki wybrala selekcje gotowych dan, ustawionych na podgrzewanej ladzie. Kotlety mielone i z panierowanej piersi kurczaczej, pieczone kielbaski i ziemniaczki, wielki wybor salatek i surowek, szaszlyki z grilla i wiele innych. Wszystko pysznie wygladajace, znakomicie pachnace i najwyrazniej swieze.

Kobieca czesc wybrala po damsku - wielka, pieczona... golonke. :):):)
A takze placki ziemniaczane z sosem prawdziwkowym i zasmazana kapuste. 
I kufel zimnego piwa. 





Wszystko pyszne, znakomite i generalnie bardzo, bardzo zjadliwe, ale...
Ano wlasnie: serwis. Masakra! 
Pani, w pieknej goralskiej spodnicy i z grymasem 'ja tu musze pracowac' na twarzy, wreszcie zdecydowala sie i zapisala nasze zamowienie. Na pytanie co to jest grenadina (w piwie), odparla 'Taki soczek'. Hmmmm... 
W miedzyczasie chlopcy poszli do bufetu, wybrali, co tam chcieli, zaplacili, doniesli do stolu, i nawet zjedli, a naszego babskiego obiadu, jak nie bylo, tak nie bylo. Zajete plotkowaniem i zabawianiem dzieci specjalnie sie nie przejmowalysmy, a ze zadna z nas dokladnej godziny zlozenia zamowienia nie sprawdzila, nie bardzo mialysmy sie na czym opierac. Z czystym sumieniem moge jednak powiedziec, ze minelo co najmniej 40min. Nasza pani w tym czasie zniknela, a pozostale 2-3 zajete stoliki obslugiwaly inne panie. Jedzenie pojawilo sie wreszcie, z wyjasnieniem: 'To opiekanie tak dlugo trwa'. Ok, nie nudzilysmy sie. Zjadlysmy z przyjemnoscia, plotkujac i popijajac piwo. Po czym odstawilysmy brudne talerze, zwiedzilysmy caly lokal i podziemna ubikacje, ubralismy siebie i dzieci w kurtki i zaczelismy nieuchronnie zmierzac ku wyjsciu, caly czas starajac sie wzrokiem, czy gestem zwrocic na siebie uwage kogokolwiek z obslugi. Z niklym skutkiem. Panie kelnerki i pani obslugujaca stoisko z wedlinami mialy jednak lekko zaniepokojony wyraz twarzy, kiedy zobaczyly cala grupe nieuchronnie zmierzajaca do ucieczki poza zasieg i wreszcie wykazaly odrobine inicjatywy wolajac kogos, kto bedzie mogl nam rachunek przedstawic. Trwalo to kolejne wieki cale... Ciekawe, czy by za nami biegli???

Czyli tak: lokal najwyrazniej dla osob posiadajacych spore zasoby czasowe i nie na pol-godzinna, biurowa przerwe na lunch. Chyba, ze zdecydujemy sie na opcje bufetowa oczywiscie.

ABC i D:

Atmosfera - spokojnie i cicho, pelny relaks. :) Tyle, ze bylismy tam w srodku dnia i w srodku tygodnia, wiec nie mam pojecia, jak zatloczone sa na przyklad wieczory;

Booking, czyli rezerwacje - najwyrazniej lepiej jest zapewnic sobie odpowiednie miejsce, jesli planujemy spora grupe (podsluchiwalam:)), a generalnie zawsze powinien znalezc sie pojedynczy stolik;

Ceny - umiarkowane, a hojne porcje sa dodatkowa zacheta. (Zreszta mozna sprawdzic w menu.) 

Dzieci - najwyrazniej mile widziane, nikt specjalnie nie protestowal, chociaz tez i nie zachecal. Cale miejsce jest tak wielkie, ze dodatkowy grat w postaci na przyklad wozka, wepchnietego gdzies w kat, nie robi zadnej roznicy. Poza tym widzialam ustawione pod reka dziecinne krzeselka i jeszcze jedna, czy dwie rodziny z maluszkami.

Thursday, 8 December 2011

Super szybko. Super prosto. Super pyyyyysznie!

Czyli: 
Banoffee Pie
Przepis z, jak zawsze, niezawodnej strony BBC Good Food.
Ciastko przepyszne! Zdecydowanie dla amatorow mocnych wrazen, bo slodkawe mocno. I kaloryczne, czyli dla tych raczej diet unikajacych. Co tu duzo mowic: maslane herbatniki, smietanka 36%, puszka karmelu.... Ech.... Dlaczego dobre rzeczy nie sa takie znowu dobre dal nas? :):):)
''Credit for the cake's invention is claimed by Ian Dowding and Nigel Mackenzie at The Hungry Monk restaurant in Jevington, East Sussex. They developed the dessert in 1972, having been inspired by an American dish known as "Blum's Coffee Toffee Pie", which consisted of smooth toffee topped with coffee-flavoured whipped cream. Dowding adapted the recipe to instead use the type of soft caramel toffee created by boiling a can of condensed milk, and worked with Mackenzie to add a layer of bananas. They called the dish "Banoffi" and it was an immediate success, proving so popular with their customers that they "couldn't take it off" the menu.
The word "Banoffee" has entered the English language and is used to describe any food or product that tastes or smells of banana and toffee.''    (Wikipedia)

Poza tym, jak sie przypadkiem okazalo, zanikla u mnie umiejetnosc uczenia sie na wlasnych bledach! :( Juz kiedys, przy innym ciastku, mialam problem z krojeniem owego, bo zastygnieta na wierzchu czekolada baaaardzo przeszkadzala. A tym razem zroblam co? Ano to samo! 'Polac stopiona czekolada', to polac! Kurcze! Pokrojony efekt, chociaz pyszny, widowiskowy niestety nie jest... Mysle, ze o niebo lepiej spisalby sie po prostu sos czekoladowy z butelki, albo starta na tarce czekolada. 
:):):) 

Skladniki:
(na okolo 10 porcji)
  • 300g owsianych herbatnikow (w oryginale i u mnie: 'Hob Nobs')
  • 60g masla, rozpuszczonego
  • 397g puszka karmelu (w oryginale i u mnie: 'Nestlé Carnation Caramel')
  • 3 duze banany, pokrojona w plastry
  • 300ml smietanki 36%
  • 1 lyzka cukru pudru
  • 100g ciemnej czekolady
dodatkowo:
  • 24cm foremka do tarty, taka z wyjmowanym dnem, lub, jak u mnie, 23-24cm tortownica
  1. Rozgrzej piekarnik do 180stC. Pokrusz herbatniki do konsystencji bulki tartej (ja odkrylam niedawno, ze moj reczny blender to potrafi), dodaj maslo i wymieszaj dokladnie. Wrzuc gotowa mieszanke do tortownicy i przycisnij rownomierna warstwa na dnie i na brzegach - do okolo 1cm wysokosci. Piecz okolo 10-12min, do zlotawego koloru i lekko 'tostowanych' brzegow. Ostudz, delikatnie wyjmij z foremki i ustaw na talerzu.
  2. Rozsmaruj karmel na herbatnikowej bazie i zostaw w lodowce na 1 godzine. Poukladaj plastry bananow na karmelu. Ubij smietanke z cukrem, do czasu, az zacznie trzymac ksztalt, i rozsmaruj na bananach. Roztop czekolade w kapieli wodnej (w miseczce NAD garnuszkiem z gotujaca sie woda, nie W), lub w mikrofali. Zostaw do przestudzenia, a nastepnie polej gotowe ciasto.

Sunday, 4 December 2011

'Meet Me at the Cupcake Café' Jenny Colgan


''     Come and meet Issy Randall, proud owner of the Cupcake Café.

'Issy Randall can bake.
No, more than that - Issy can create stunning, mouth-wateringly divine cakes. 
After a childhood spent in her beloved Grampa Joe's bakery, she can undoubtedly inherited his talent.

When she's made redundant from her safe but dull City job, Issy decides to seize the moment. Armed with recipes from Grampa, and with her best friends and local bank manager fighting her corner, The Cupcake Café opens its doors. But Issy has absolutely no idea what she's let herself in for. It will take all her courage - and confecionery - to avert disaster...'            ''

Tyle ma do powiedzenia okladka... :)
Brzmi wspaniale: udany start w nowe zycie, jakas milosc w okolicy, tajemnica do rozwiazania i przeciwnosci do zwalczenia...
Freya NorthJackie CollinsCatherine Alliott? Tak, dokladnie te klimaty! 
Zero tajemnoczosci i elementu zaskoczenia Joanne Harris, albo zyciowego doswiadczenia Colette Rossant.      

Nie zrozumcie mnie zle. :) Ksiazka jest bardzo przyjemna i milo sie czyta. Ot, dla zabicia czasu w pociagu, w drodze do pracy. Jest tylko odrobine... naiwna - przypadkiem wiem, bo tam, gdzie Izzy 'bylam, robilam i doswiadczenia nabralam'.  Zdecydowanie dla wielbicieli gatunku! :)

Wiecej o Jenny Colgan i jej ksiazkach na jej stronie. Tam tez mozna znalezc zawarte w ksiazce przepisy na ciastka i ciasta.  A dodatkowe porady i podstawowy przepis na cupcakes pochodza z bloga  www.thecakedcrusader.blogspot.com

Friday, 2 December 2011

Walczę też z kisielami...


Czyli: 
Kisielinki wiśniowe
(Przepis od Mileny)
Powod do walki z kisielem mam taki sam, jak ten, o ktorym pisalam przy okazji nalesnikow. :)
Oryginalny przepis jest na jedno, cale ciasto. Na tortownice 20-22cm. A ja mam wieksze. I balam sie, ze wyjdzie nalesnik... 
Stad pomysl, ktory wpadl mi do glowy w ostatniej chwili -  na male ciasteczka, ktore beda znakomite do zabrania do parku. Na bardzo jesienny piknik. :)

Skladniki:
  • szklanka mąki pszennej
  • szklanka cukru (jeśli kisiel jest z cukrem to zmniejszamy ilość)
  • 1/2 kostki margaryny
  • 4 jajka
  • 2 opakowania kisielu wiśniowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  1. Margarynę rozpuszczamy w rondelku na małym ogniu. Studzimy. Białka oddzielamy od żółtek. Żółtka miksujemy z cukrem na puszystą masę. Następnie dodajemy przestudzoną margarynę i dalej miksujemy. 
  2. Mąkę przesiewamy  z proszkiem i kisielem. Teraz ubijamy białka na sztywną pianę ze szczyptą soli. Do masy żółtkowej wsypujemy mąkę, miksujemy porządnie, dodajemy ubite białka i delikatnie łączymy wszystko razem. Blaszke muffinkowa wykładamy papilotkami i wlewamy ciasto, do 2/3 wysokosci. 
  3. Pieczemy w temp. 170 st ok. 20 minut do "suchego patyczka".


Zatwierdzone!
:):):))))))))))))))))